Warning: Creating default object from empty value in /home/sunsetp/domains/anticum.pl/core/mtsModuleManager.php on line 257

Warning: Creating default object from empty value in /home/sunsetp/domains/anticum.pl/core/mtsModuleManager.php on line 257

Warning: Creating default object from empty value in /home/sunsetp/domains/anticum.pl/core/mtsModuleManager.php on line 257

Warning: Creating default object from empty value in /home/sunsetp/domains/anticum.pl/core/mtsModuleManager.php on line 257

Warning: Creating default object from empty value in /home/sunsetp/domains/anticum.pl/core/mtsModuleManager.php on line 257

Warning: Creating default object from empty value in /home/sunsetp/domains/anticum.pl/core/mtsModuleManager.php on line 257

Warning: Creating default object from empty value in /home/sunsetp/domains/anticum.pl/core/mtsModuleManager.php on line 257

Warning: Creating default object from empty value in /home/sunsetp/domains/anticum.pl/core/mtsModuleManager.php on line 257

Warning: Creating default object from empty value in /home/sunsetp/domains/anticum.pl/core/mtsModuleManager.php on line 257

Warning: Creating default object from empty value in /home/sunsetp/domains/anticum.pl/core/mtsModuleManager.php on line 257

Warning: Creating default object from empty value in /home/sunsetp/domains/anticum.pl/core/mtsModuleManager.php on line 257

Warning: Creating default object from empty value in /home/sunsetp/domains/anticum.pl/core/mtsModuleManager.php on line 257
Aktualnie masz w koszyku 0 szt. za łącznie 0,00 zł  + koszyk  + logowanie  + rejestracja
Przejdź do koszyka

KOLAŻ I SZTUKA W ZAŚCIANKU.

Przedwiośnie przynosi optymizm i pozytywne nastawienie do życia, ale nie w 2012 roku. Srogie mrozy trzymały od połowy lutego do połowy marca, jakby zmuszone do odrobienia zaległości z grudnia; mimo, że nikt nie wątpił w nadejście wiosny, to nie czuło się najmniejszego powiewu ciepła, tego radosnego oddechu Wskrzesicielki Dobrej Nowiny – Panny Wiosny, wyczekiwanej, jak nigdy dotąd.

KOLAŻ  I SZTUKA W ZAŚCIANKU.

Każde doświadczenie ma wartość. Każde może wzbogacić inne, i każde może, zależnie od okoliczności, przybierać maskę innego. Należą one do najżywotniejszych źródeł   wzbogacania życia ludzkiego.

(Z referatu  Johna Fishera wygłoszonego na Sesji Estetycznej w Mogilanach   w maju roku 1983).

Przedwiośnie przynosi optymizm i pozytywne nastawienie do życia, ale nie w 2012 roku. Srogie mrozy trzymały od połowy lutego do połowy marca, jakby zmuszone do odrobienia zaległości z grudnia; mimo, że nikt nie wątpił w nadejście wiosny, to nie czuło się najmniejszego powiewu ciepła, tego radosnego oddechu Wskrzesicielki Dobrej Nowiny – Panny Wiosny, wyczekiwanej, jak nigdy dotąd. Zima i zimno doprowadziły do hibernacji wszystkiego, co nowe i nieodkryte. Przez ostatnie kilka miesięcy nie działo się nic w szeroko pojętym temacie OBRÓT DZIEŁAMI SZTUKI, nie licząc spektakularnych licytacji obiektów malarskich stypendystów domu aukcyjnego Abbey House.  I nie byłoby o czym pisać, gdyby nie dwa wydarzenia, które na długo zapamiętam niezależnie od tego, czy o nich napiszę, czy nie.

Początek obydwu zdarzeń nastąpił jednego marcowego popołudnia, gdy wysiadłem z auta na lodowaty przeciąg w kwartale kamienic na rogu Hożej i Emilii Plater w Warszawie. Moja nokia zatrzepotała silnym sygnałem połączenia krajowego.

- Czy masz pomysł na sprzedanie obrazu Halickiej? – pytanie postawił mój znajomy, z którym nie bawimy się w konwenanse i ozdobniki.

- Martwa natura czy pejzaż z Prowansji?

- Nic z tych rzeczy. Kolaż. Z lat dwudziestych. Prosto ze ściany od pierwszych właścicieli!

Widziałem wiele obrazów Alicji Halickiej (1894-1975), przedstawicielki  środowiska Ecole de Paris, ale nie miałem i szczęścia i na dobrą sprawę możliwości, żeby jej obrazy promować w Polsce. Po pierwsze te obrazy, które dotarły do mojej galerii nie były pracami znaczącymi, po drugie ich cena oczekiwana przez właścicieli była zbyt wysoka. Wiedziałem o kolażach Halickiej i jej zainteresowaniach scenografią, ale nigdy nie zetknąłem się bezpośrednio z takimi pracami. Dlatego z zainteresowaniem przyjąłem propozycję znajomego i następnego dnia mogłem podziwiać piękny kolaż z nalepką galeryjną z lat dwudziestych XX wieku. Obraz na pierwszy rzut oka przypominał wyklejankę z prac ręcznych, typową dla pensji żeńskich z pIerwszych dziesięcioleci XX wieku.  Jednak po chwili z obrazu popłynęła struga bardzo konsekwentnych przekazów. Żółte krzesło postawione na pierwszym planie przed dwiema damami w krynolinach. Każda  pod parasolką  i każda wpatrzona w perforowane siedzisko pierwszoplanowego krzesła. Na drugim planie dżentelmen we fraku i  w cylindrze rozmawia z dżokejem przechylonym na prawą stronę jabłkowitego wierzchowca, któremu Halicka nie dała tylnych nóg, co nie ma najmniejszego wpływu na niespotykaną ekspresję tego dziełka. Mimo pozornych niespójności obraz opowiada krótką historyjkę z wyścigów konnych w letnie południe sprzed bez mała stu lat.  Obraz w całości przetrwał od lat dwudziestych XX wieku w stanie nienaruszonym.

- Ile kosztuje ta praca?

-  Dwanaście. Z moją prowizją.

Ecole de Paris, Halicka, na dodatek  kolaż to nie moje zainteresowania, ale obraz jest nadzwyczajny! Widać przemyślaną kompozycję, staranność wykonania i przede wszystkim doskonały stan zachowania, łącznie z nalepką galeryjną ze znakami własnościowymi, tytułem, datą i ceną sprzed bez mała wieku. Postanowiłem zarekomendować obraz jednemu z kolekcjonerów, mając nadzieję, że sprawię mu nie lada gratkę.

Niestety, nie sprawiłem mu gratki. Po prostu odpowiedział mi bez chwili zastanowienia, że prace Halickiej go już nie interesują, że Ecole de Paris jest passe, i że nawet jego znajomi kolekcjonerzy nie będą chcieli kolażu Halickiej... Po prostu zgłupiałem! Gdybym miał wolne dwanaście tysięcy – bez chwili wahania kupiłbym ten obraz! Sprawdziła się po raz kolejny stara  antykwarska prawda: jak masz pieniądze – nie uświadczysz przedmiotu do kolekcji;  jak forsy brakuje, wtedy przedmioty lgną do ciebie jak muchy do lepu... Staram się nie myśleć o tym obrazie, zapomnieć i mieć nowe perspektywy, ale nie mogę wyrzucić z pamięci tego wspaniałego obrazu  Alicji Halickiej, rodzinnie - żony Ludwika Markusa zwanego Marcoussisem, jednego z najbardziej rozpoznawanych przedstawicieli światowej awangardy.

Pierwsza przedwiosenna przygoda z malarstwem pozostawiła  smutek w sercu. Przez kilkadziesiąt lat kolekcjonowania, promowania i handlowania sztuką nie spotkałem tak pięknego przykładu sztuki kolażu. Szkoda, że nie przyczyniłem się do zmiany miejsca eksponowania tego bez wątpienia znaczącego przykładu polskiej sztuki  ze szczyptą paryskiej przyprawy...

Dlatego ucieszyłem się na propozycję mojego kolegi marchanda, żeby pomóc mu w zdokumentowaniu obiektów graficznych i rysunkowych, jakie pozostały mu po likwidacji dwóch mieszkań i jednej galerii. Zanosiło się na ciekawą przygodę; z rozlicznych kontaktów z moim kolegą wiedziałem, że posiada kilka prac Witkacego, kilkanaście Leopolda Gotlieba, kilkadziesiąt Cyankiewicza i kilkaset rysunków, szkiców, grafik i fotografii związanych z polskimi środowiskami artystycznymi  Paryża, Monachium i Wiednia.

Tymczasem wszelkie spekulacje o oglądaniu prac Witkacego, Gotliba, Cyankiewicza i  innych lepszych i gorszych prac polskich artystów okazały się niewiele znaczącą masą sztuki, z jaką się spotykam na codzień; średnie, poprawne, przyjemne, nie wywołujące entuzjazmu obrazy i obrazki, może za wyjatkiem jednego bardzo ekspresyjnego portretu zmysłowej kobiety namalowanego w 1929 roku przez Witkacego w typie TC, o czym świadczyła inskrypcja obok daty. Prawdziwa uczta duchowa zaczęła się po wejściu do salonu.

Między barokową szafą a stołem Boule zobaczyłem obraz, jaki zdarza się widzieć raz na kilka tysięcy innych obrazów, włączając w to prace powieszone na wystawach, w salach muzealnych, czy w handlowych  galeriach sztuki. Obraz niespotykanie piękny, przemyślany, dekoracyjny, opowiadający, emanujący doskonałą energią! We wnetrzu pracowni  artysty toczy się dyskurs o malarstwie. Autor pokazuje klientowi średniej wielkości obraz, który opiera o blat orzechowego stołu.  Palec wskazujący lewej dłoni  jest uniesiony ku górze, a prawa dłoń oparta na przedramieniu zasłuchanego klienta; obydwaj są szczerzy w prezentowaniu swoich postaw. Ten objaśniający jest spokojny i pewien racji wygłaszanych na poparcie cech  prezentowanego obrazu. Ten słuchający trzyma w lewej dłoni futerał       z nieodpakownymi okularami; na razie słucha, ma czas na weryfikację opowieści o dziele z realnością. Obaj mężczyźni  opierają się o stół z szufladą, z której wystają kartki papieru. Artysta stoi, klient siedzi. Twarz klienta jest pokazana z profilu. Twarz pełna skupienia, zainteresowania, łagodności graniczącej z pewnością zmierzającą do zaakceptowania propozycji artysty. Artysta namalowany en face, z lekkim przechyleniem w lewo.  Na ścianie pomieszczenia wiszą dwa inne obrazy. Leden z nich to pejzaż z przydrożnym krzyżem, drugi  -  pejzaż morski z przedwieczornym sierpem księżyca. W lewym górnym rogu na półce zrobionej z deski i konopnej liny stoją butle, słoiki, szklanica, lichtarz z nadpaloną świecą i kilka pędzli położonych w nieładzie. Ten lewy górny róg obrazu jest sam w sobie fantastyczną martwą naturą, a przecież treścią obrazu są jeszcze trzy obrazy w obrazie, karty wychylające się z półotwartej szuflady i dwaj mężczyźni prowadący dyskurs o sztuce! Na jednej kartce jest sygnatura: R. Szwojnicki i data: 1872. Obraz jest duży, galeryjny, okazały. Namalowany na płótnie przytwierdzonym do autorskich krosien modrzewiowych. Stan zachowania obrazu – bardzo dobry. Na odwrocie naklejka objaśniająca dzieło: Roman Szwoynicki, - „Sztuka w zaścianku”.  Uff! Po raz pierwszy w moim antykwaryczno – kolekcjonerskim żywocie zetknąłem się z taką synergią doznań.

Po pierwsze – po kilku minutach uzmysłowiłem sobie fakt, że „Sztukę w zaścianku” już kiedyś widziałem, i że nie zrobiła na mnie wtedy tak wielkiego wrażenia jak dzisiaj. Przypomniałem sobie czas i miejsce tego pierwszego z nim spotkania. Było to w mieszkaniu mojego krakowskiego przyjaciela, Bola Obrzuta kilkanaście lat temu. Obraz wisiał w wysokim przedpokoju nad drzwiami do salonu. Ten obraz zchęcał do zastanowienia nad sensem kolekcjonowania. Ale wtedy byłem o pokolenie młodszy. W mojej głowie miałem zakodowany jeden cel: uczniowie Stanisławskiego. Wszystko wykraczające poza tę cezurę nie interesowało mnie na tyle, żeby skupiać się na dogłębnej analizie. Bolo zmarł kilka miesięcy temu, a obraz Szwoynickiego sprzedał na rok przed śmiercią.

Po drugie – oglądany dziś obraz zapadł w mojej świadomości  tak głęboko, jakbym to ja go namalował. Zrozumiałem każdy cal kwadratowy tej bajecznej kompozycji, która z pozoru jest banalna. Opowieść jest prosta i zwyczajna! Ale sposób jej opowiedzenia, zwroty i kontrapunkty, symbole i atrybuty, w końcu maesteria wykonania świadczą o geniuszu  Szwoynickiego – malarza!

Po trzecie – życiorys Artysty i Jego dokonania. Prawie nieznany, nieledwie drobna notatka w Świeykowskim i  specjalistycznych katalogach sprzed stu lat. Dziewiąty tom Słownika artystów polskich dotychczas się nie ukazał, ze strzępów dostępnych informacji dowiaduję się o żywocie Szwoynickiego, jego dokonaniach i dziele. Urodzony w Rodach pod Krakinowem w samym sercu Laudy tak pięknie opisanej przez Henryka Sienkiewicza w wieku siedemnastu lat poszedł do Powstania 1863 roku. Po jego upadku został zesłany na Syberię, skąd wrócił po czterech latach niewoli. Na zesłaniu wykonuje pierwsze prace rysunkowe i malarskie. Odnajduje powołanie do sztuki; pogłębia zakres wiedzy io warsztacie na studiach w Monachium. Z tego zlepku rozproszonych wiadomości nie wynika nic genialnego; genialny jest tylko jego obraz, i to, że przetrwał w doskonałym stanie zachowania prawie półtora wieku.

Zapragnąłem mieć ten obraz, ale z góry wiedziałem, że ani zakup, ani  jakakolwiek wymiana nie wejdzie w rachubę. Pozostało mi więc  go sfotografować i dokładnie obejrzeć, aby nie uronić ani jednej kropli tego bezcennego dla serca nektaru, jakim jest  sztuka, mimo, że w zaścianku to SZTUKA przez duże S.

Roman Szwoynicki (1845 – 1915) należy do mało znanych artystów polskich. Z mojego punktu widzenia jest to Artysta jednego obrazu. Być może uda mi się wykonać kwerendę i zweryfikować  opinię  o Artyście przez pryzmat szerszego spektrum prac, ale póki co ten jeden piękny i mądry obraz pozwolił mi na przeżycie niespotykanie wielkiej artystycznej przygody.

Minął Wielki Tydzień, przeszły kolejne Święta Wielkanocne,  wiosenne słońce napawa wielkim optymizmem, a w sercu żal. Te dwa obrazy, z którymi zetknąłem się u progu wiosny znalazły nowych właścicieli. Nowi właściciele będą z nimi związani przez kolejne lata. A potem będą nowi i nowsi. Tak trwa nasze krótkie życie, a życie obrazów będzie mieć swój żywot ponadczasowy. Ciekawe?  Dla mnie nie tylko ciekawe.  Magiczne i piękne!

 

 

Kwiecień 2012                                                                                                          Andrzej Grabkowski.

 

 

© Anticum internetowa galeria sztuki

powered by mtSHOP, design: www.untzuntz.pl